Wspomnienie o lucku

Cztery lata temu zmarł Maciej Sabat, mój przyjaciel i współautor Wolsunga, znany powszechnie jako lucek. Puszon poprosił mnie wówczas, żebym napisał tekst wspominkowy, który miał ukazać się w Magii i Mieczu.

Ponieważ nie jestem pewien, czy tekst się ukazał, pomyślałem, że wrzucę go tutaj, w formie, w jakiej napisałem go na świeżo, cztery lata temu. Będzie długo, sentymentalnie i śmiesznie-smutno.

Zanim zacznę, pozwolę luckowi przedstawić się samodzielnie, napisanym przez niego opisem do zdjęcia na stronie Wolsunga (w wersji z 2005 roku).

Luciano de la Vega
Znany w niektórych kręgach hulaka, utracjusz i birbant. Koneser slawijskich alkoholi, koriolskich cygar i elfich panien z dobrych domów.
Poeta, cynik i niezrównany blagier, jest przez niektórych postrzegany jako nader gorącokrwisty, gruboskórny i odrobinę niezrównoważony. Uwielbia się pojedynkować – czy to na słowa – czy na pistolety. Jego przeszłość pozostaje zagadką dla socjety, mówi się jednak, że jest akwitańskim hrabią, zbiegłym z więzienia. Podobno nocą przemierza ulice Lyonesse, tropiąc zło, które nęka to wielkie miasto.
W zasadzie nie wiadomo, co robi w projekcie.

Moje pożegnanie z luckiem

Na orbitę lucka wpadłem gdzieś na przełomie wieków, w owych odległych czasach, gdy w internecie siedziało się na ircu i listach dyskusyjnych, źródłem anglojęzycznych podręczników były punkty xero na konwentach, gdy wciąż pisało się analogowe listy do redakcji Magii i Miecza i można było nieironicznie grać w Kryształy Czasu. Komputer na uczelni był wtedy drzwiami, przez które można było trafić w miejsca o tak lekkich i świeżych nazwach jak Polskie Elizjum Świata Mroku czy Cytadela Upadłych Dusz. Na liście dyskusyjnej CUDu właśnie trafiłem na przeuroczego dyskutanta o ksywce, która biorąc pod uwagę powagę miejsca, mogła pochodzić tylko od strąconej gwiazdy zarannej. 

Minęło parę lat. Na przełomie 2003 i 2004 zacząłem pokazywać na konwentach pierwszą, testową wersję Wolsunga, jednego z wielu autorskich systemów z owego okresu. Nie było wtedy jeszcze Facebooka, a cenny transfer zużywało się na obrazki ważniejsze, niż zdjęcia kolegów. Dlatego zupełnie nie spodziewałem się, że w połowie rozmowy, słysząc moją ksywkę, zupełnie mi nie znany a bardzo postawny jegomość rzuci mi się na szyję i przytuli do rozłożystej piersi — To ty jesteś Garnek z internetu?! Ja jestem lucek z internetu!

Na żywo okazał się rozmówcą jeszcze bardziej uroczym i fascynującym, i od słowa do słowa ustaliliśmy, że pomoże mi z korektą i redakcją Wolsunga. Wydruk miał 70 stron, wysłałem go Pocztą Polską i gdy wrócił, był cały upstrzony dopiskami czerwonym długopisem. Pierwsza uwaga, jaką przeczytałem, brzmiała: „Dualizm Boga i Bogini sprowadza się do schematu solarny-lunarny lub falliczny-waginalny. Koło jako symbol Bogini jest OK, miecz, który jest potem (w cerkwi Justusa) byłby cool chyba bardziej niż krzyż słoneczny.” Wyglądało to na początek pięknej przyjaźni. Oprócz korekty językowej, na marginesach znalazłem mnóstwo pomysłów, sugestii i komentarzy, które wyglądały, jakby napisał je mój bardziej wyluzowany brat bliźniak. Zadzwoniłem do lucka i zaczęliśmy pisać Wolsunga razem. 

Pierwsza wersja Wolsunga z luckową korektą, lipiec 2003

Wydaje mi się, że przez długą chwilę tworzyliśmy najlepszy kreatywny duet, w jakim dane mi było pracować. Nie wymyślaliśmy gry i świata, raczej odkrywaliśmy go, wchodząc coraz głębiej w jego historię, geografię i politykę. Każdy z nas zaczynał z innej perspektywy, a mimo to pomysły rezonowały, nakręcały się wzajemnie i zazębiały z zaskakującą precyzją. Nie mieliśmy wtedy celu komercyjnego, tworzyliśmy dla frajdy tworzenia i sprawdzania, jak daleko możemy posunąć się z pomysłami. Pracowałem wówczas jako poważny analityk w poważnej korporacji telekomunikacyjnej, lucek natomiast był niepoważnym studentem polonistyki piszącym bez końca magisterkę o wzniosłości w komiksie. Gdy w przerwie na lunch dzwoniłem do niego z jakimś pomysłem, zwykle musiał się obudzić, żeby odebrać telefon. Gdy sprawdzałem SMSa w trakcie spotkania z dyrektorami sprzedaży, zwykle był tam pomysł o gruźlicy jako sposobie roznoszenie zombizmu metodą kropelkową, albo wstępny szkic nosorożcołaka. Większość z tego, co wtedy wymyśliliśmy, nigdy nie trafiło do podręcznika, a jednak żyje ukryte w konstrukcji świata. Bo żeby zaprojektować ciekawe trolle, trzeba przecież wiedzieć, że są kosmitami, które w głębokiej prehistorii przybyły z wolsungowego Marsa. Żeby uzasadnić degenerację ogrów, trzeba wiedzieć że służebna rasa eugenicznie wyhodowanych olbrzymów zbuntowała się przeciw kosmicznym trollom i o broni biologicznej, która wymknęła się spod kontroli. Gdy już się o tym wie, klątwa trolli i wymarcie większości gnomów są naturalnym następstwem. I wtedy dopiero można sobie zacząć zadawać naprawdę ciekawe pytania: co stało się z oryginalną rasą ognia, która zamieszkiwała Urdę, zanim wyparły ją trolle? Hm… gdyby lucek wiedział, że zdradzam Wam te tajemnice, zapewne by mnie zabił.

Wolsung rozrastał się, żył na konwentach, na niezapomnianych, brawurowych LARPAch, na sesjach, które prowadziliśmy na ConQuestowej mechanice Q10 albo na wariacjach FATEa, żył na prelekcjach, które przyciągały coraz większą publiczność. Pracowaliśmy nad nim w Krakowie, gdzie lucek namówił mnie, podpierając się wywodem na temat tybetańskich zwyczajów ludowych, do wypicia herbaty pu-erh ze zjełczałym masłem i solą. Spotykaliśmy się w Warszawie, gdzie przy zatykającej arterie carbonarze powstała koncepcja Wiecznej Tytanii. Lyonesse jest owocem szalonej wizyty w Londynie, gdzie to, niedługo po wyborze Benedykta XVI, lucek zabawiał międzynarodowe towarzystwo studentów pełnym zestawem niesmacznych dowcipów o papieżu-Niemcu i uczył pewnego Nowozelandczyka pić jak Polak. Z akademika, w którym i tak byliśmy nielegalnie, wyproszono nas dopiero w wyniku agresywnego stylu spania lucka — ludzie z pokojów po drugiej stronie korytarza skarżyli się, że nie mogą zmrużyć oka. Mimo to zdążyliśmy zobaczyć mózg Babbage’a, a Lyonesse jest moim ulubionym dodatkiem.

Odezwało się do nas wówczas Wydawnictwo ISA i na poważnie zaczęliśmy myśleć o wydaniu Wolsunga na mechanice d20 Modern. Napisaliśmy podręcznik po raz drugi, tym razem z mechaniką, kolejne ponad 120 stron wydrukowanie i pokryte zapiskami czerwonym długopisem i uwagami. Jestem prawie pewien, że dopisek „Tu przyda się ramka pt. Jotuńskie Przetwory Rybne” jest bezpośrednim następstwem pewnej historii, której nie czas i miejsce przytaczać, a w której główną rolę grały kiszone szwedzkie śledzie. Na szczęście polskie tłumaczenie d20 Modern obsunęło się o trzy lata i porzuciliśmy tę wersję Wolsunga. Zasady mają znaczenie, a nasz steam-pulp na d20 dusił się i usychał.

W 2006 rzuciłem korporację, zacząłem pracować nad komputerowym Wiedźminem i przestałem mieć na cokolwiek czas. Na konwentach bywałem rzadziej, pisanie erpegów po godzinach stało się niedostępnym luksusem i Wolsung zaczął odsuwać się w cień, stawać się systemem-widmem, legendą ku przestrodze, miłym i coraz bardziej odległym wspomnieniem. Minęły dwa lata.

W 2008 lucek zaprosił mnie do Krakowa, żeby pogadać o interesach — Puszon chce wydawać RPG i szuka materiałów. My mamy świetne materiały i szukamy wydawcy. Czy tylko ja widzę tu wspaniałą okazję? Z Puszonem znaliśmy się od lat, tworzyliśmy z nim i luckiem najlepszą drużynę w kalambury, jaką wydał polski fandom (opinie mogą się różnić, zależnie od tego, kogo zapytacie, ale ja uważam, że pokazanie i odgadnięcie hasła „Perfekcyjna niedoskonałość” bez użycia strategii dźwiękonaśladowczej jest pewnym osiągnięciem). Dogadaliśmy się dość szybko. Z przyjemnością wywaliliśmy d20 i przepisaliśmy system pod Savage Worlds. Potem, w wyniku problemów z licencją, przesiedliśmy się na własną mechanikę. Napisaliśmy podręcznik po raz trzeci i tym razem korekta i redakcja odbywała się już elektronicznie. Jesienią 2009 podręcznik główny pt. Wolsung: Magia Wieku Pary trafił na półki. Chciało by się napisać, że reszta jest historią.

Reszta okazała się prozą życia. Hobby zmienia się, gdy zaczyna być przedsięwzięciem komercyjnym. Pojawiają się terminy, zaczyna się liczyć liczba znaków, nad tekstami zaczyna pracować coraz więcej osób. Rzeczy, które świetnie sprawdzają się w szalonym przerzucaniu się pomysłami, nie zawsze działają podczas dopinania produktów. Dodatki do Wolsunga wychodziły, z przerwami, do 2013. Poznaliśmy wtedy mnóstwo niesamowitych osób, zdolnych autorów i projektantów, graczy zafascynowanych naszym światem i wszyscy z nich dokładali swoje cegiełki do tego, czym stał się Wolsung. Jednocześnie jednak, lucek i ja, poświęcaliśmy grze coraz mniej czasu. Dorosłe życie miało swoje wymagania. Ja siedziałem zbyt długo w pracy, starannie przeplatając okresy pracoholizmu epizodami depresyjnymi, a lucek kończył magisterkę o wzniosłości w komiksie i nie umiem powiedzieć, na ile planował swoje własne depresje.

Życie przyspieszyło, stopniowo przestałem pojawiać się na konwentach, młodzi współautorzy zajęli się byciem dorosłymi i Wolsung popadł w letarg. Widywaliśmy się z luckiem coraz rzadziej, rozmawiając raczej o życiu, niż o grach. Po każdym spotkaniu, Wolsung ożywał na chwilę, by po chwili znów hibernować. Do kolejki dołączały pomysły na kolejne dodatki: Wielka Wojna, Wolsung Noir, Kosmiczne podróże, manapunkowy Wolsung 2020. Mieliśmy nadzieję kiedyś do nich wrócić.

Gdy Puszon zadzwonił do mnie z informacją o śmierci lucka, właśnie coś gotowałem. Stałem przy piecu, bezpiecznie zakotwiczony w kuchennych rytuałach i zastanawiałem się, co mam zrobić z tak absurdalną wiadomością. I chyba niewiele można z nią zrobić. Czasami po prostu tak jest, że spotykasz kogoś na konwencie, niespodziewanie okazuje się macie wspólną połowę mózgu, piszecie razem świetną grę, robicie najbardziej epicką carbonarę po tej stronie Drogi Mlecznej, wymieniacie się tysiącem anegdotek, potem zaczynacie się zajmować innymi sprawami, spotykacie się coraz rzadziej, aż w końcu okazuje się, że wspólne okienko czasowe się zamknęło i więcej już nie będzie.

Zapytałem kiedyś lucka, o co chodzi w tej jego magisterce. Odpowiedział mi tak: Wyobraź sobie, że idziesz przez pustynię i nagle widzisz olbrzymią, kamienną piramidę stojącą na czubku, do góry nogami. Rozmiar jest tu istotny, ale nie tylko on. Czujesz się mały, ale nagle rozumiesz, że są rzeczy i piękne, i groźne, i niezrozumiałe, i inspirujące. Doświadczasz czegoś absurdalnego, co jednak się dzieje. Natknąłeś się na coś, co zaburza twoje rozumienie świata, wytrąca cię ze strefy komfortu, przeraża, ale i zachwyca. Coś co zmieniło twoje życie… Uczucie, które odczuwasz, to wzniosłość.

Warszawa, 22 lutego 2016

Najgłupsze zdjęcie z luckiem (po prawej), jakie udało mi się znaleźć. Kłakon 2004